Strach ma wielkie oczy.


źródo: www.picjumbo.com 

Zatrzaskuję szybko drzwi, do torby pośpiesznie wrzucam klucze. Zbiegam nerwowo po schodach, ostatnio zawsze się spóźniam. Wszędzie. Przyspieszam kroku, macham jej, widzę, że już na mnie czeka. Nie jest sama, jej dłoń trzyma rezolutna trzylatka, która chwilę później przepada w piaskownicy. Patrzę na nią i się uśmiecham, bo widzę, że rozpiera ją duma.

- Staraliśmy się o dziecko dwa lata… zaczyna mówić. Dwa bardzo długie lata. Żaden z lekarzy nie potrafił nam powiedzieć dlaczego akurat nam się nie udaje. Ty wiesz, jak to jest się starać o dziecko? Zerka na mnie. Kiwam głową przecząco. Głupia ja, mówi. Skąd Ty masz wiedzieć, co ja ci tu w ogóle… 

- Nieee, mówię… Nie przejmuj się. Głaszczę ją lekko po przedramieniu.

- Z czasem chyba odpuściliśmy, bo wiesz seks stał się rutyną, a ja czułam się jak maszyna i wszystko było takie mechaniczne…  Odrealnione…  No wiesz, to dziś, to teraz, zaraz. To całe obliczanie dni płodnych, te wywoływane łzy w oczach, bo znów mam okres… Bo znów się do cholery nie udało. Z miesiąca na miesiąc traciłam siły. Gdzieś z tyłu głowy szukałam innych rozwiązań. I tym sposobem, metodą wielopunktową namówiłam Alana na adopcję. Wtedy to dopiero się zaczęło. Kupa papierów, kupa wywiadów. Miałam wrażenie że sprawdzają nas jak CBŚ. Ale wiesz, i przez to przebrnęliśmy. Udało się. Mieliśmy przejść pierwszy kurs, po to, by zostać rodziną adopcyjną.

Zamilkła na chwilę. Rozejrzałam się, słońce przebijało się przez konary drzew na których wciąż jeszcze była kaskada liści. Ktoś obok zbiegał ze schodów, ktoś przed nami przejeżdżał na rowerze. Wyrwała mnie z zamyślenia.

- To był grudzień, było bardzo zimno, szaro. Strasznie. Wzdrygnęła się. Wszyscy świętowali mikołajki, a ja rano poszłam zrobić badanie krwi, na zlecenie lekarza. Martwił się, ją z resztą też, że bardzo tyje. Już przed ślubem zaczęłam znacznie tyć i zupełnie nie wiadomo było dlaczego. Bo przecież na pewno nie z obżarstwa. Nie lubię tych wszystkich gabinetów. Przychodni. Igieł, strzykawek, fiolek. Zabierają mi entuzjazm. Poczucie bezpieczeństwa. Działają na mnie stresująco. Alan, mój mąż dobrze o tym wie. Uśmiecha się nieśmiało. 

Jak wychodziłam z domu, zadzwonił, że będzie czekał pod centrum zdrowia. Bo akurat zdąży skończyć pracę, więc wrócimy razem. Powiedziałam mu mechaniczne okej, i po chwili wchodziłam już na piętro budynku. Stoję w tej kolejce. Odbieram wynik i słyszę gratulacje. Patrzę szeroko otwartymi oczami na pielęgniarkę,  która już mnie znała... Nie bez powodu nie lubię tego miejsca, jestem jego stałą bywalczynią.  Okazuje się że jestem w piątym tygodniu ciąży. Rozpromienia się. 

Wiesz co się wtedy czuje? Radość. Niezmierną radość, która do dziś mnie rozpiera. Wybiegam, z entuzjazmem mówię Alanowi, a on zachował się wówczas  jakby był nie obecny. No wiesz, jakby się cieszył ale był zdziwiony. Albo może coś przeczuwał? Nie wiem…

Mruży oczy, jakby ktoś zaświecił jej po nich latarką. Z piaskownicy macha nam mała rączka, ona odmachuje, wyciera kąciki oczu.

- Popędziłam do lekarza jak na skrzydłach. Nie myślałam o niczym innym, jak tylko o magicznym tak. By powiedział mi, że tak, pani Kalino, to prawda. Zbadał mnie i padło tak długo wyczekane  gratuluję. Po chwili jednak dodał, że ciąża jest zagrożona i albo pójdę na l4 albo mam znaleźć innego lekarza. Zgadzam się, na wszystko się zgadzam. Bez zająknięcia się zgadzam. Chociaż ta perspektywa, że mam leżeć brzmi wówczas dla mnie jak wyrocznia.

Wiesz, mówi. Tak naprawdę, to bym się wtedy zgodziła na wszystko. Podpisała bym pakt z diabłem. Byle by mi się udało… 

Kontynuuje.

- Leżę i dopada mnie lęk, co dalej. Uważam na siebie, jak tylko mogę. Któregoś dnia wstaje na chwilkę, tak tylko po wodę, czuję dziwne ciepło, krwawię. Zabiera mnie pogotowie. Jednak szpital. Nieuniknione. Ale ja byłam na to gotowa, na to wszystko. Tak bardzo pragnęłam niej, zerka na małą i uśmiecha się.

- Któregoś dnia do mojej sali wchodzi lekarz i mówi, że muszę podpisać zgodę na badania. Podpisuję. Jestem w ciąży, przecież badania są normalnością. Tak jeszcze wtedy myślę. Jakieś dwa tygodnie później wchodzi na salę już nie jeden, a sześciu lekarzy. Badają mnie, po kolei, robię się nerwowa, niespokojna,  nie wiem o co im chodzi, przecież leżę, stosuję się, nawet do toalety nie wolno mi wstać. Nie wstaję.
Milknie na chwilę

- Alan już wiedział, widziałam po nim, że coś jest nie tak. Wsadzono mnie na wózek i zabrano do gabinetu. Kolejne słowa pamiętam jak przez mgłę. Jakieś hasłowo rzucane zdania, że moje życie jest najważniejsze. Dziś już dokładnie tego nie pamiętam. Oprócz tego jednego, kluczowego zdania. Ma pani nowotwór, twór, ór… 
Rozsadzające głowę echo. Jak w pustym lesie. Łapię się za głowę i krzyczę, że to niemożliwe. Słyszę, że mam, że od kilku lat, że ciąża musiała go uaktywnić. No ale jak… Zamieram. I wtedy padają słowa, o przerwaniu ciąży. Nie, nie ma takiej opcji, zaznaczam mu wyraźnie. Pieprzę ten wózek, zapłakana wychodzę o własnych siłach, gładzę się po brzuchu. Jak on mógł mnie zapytać czyje życie ratujemy… no jak? Patrzy na mnie. My to my. My. Nie ja…

Mija dzień za dniem, nadal jestem w szpitalu. To jest taki czas, że wszyscy patrzą na mnie z politowaniem. Smutnieje. Alan wpada na salę i mówi, że to jest tylko moja decyzja i że on ją szanuje. Wiesz, ja wiem, że on wtedy kłamał. Ja widziałam jak bardzo się boi. Nigdy by się nie przyznał. Ale bał się, Widziałam. Zbliża się czas rozwiązania. Dostaję nadciśnienia ciążowego, lekarz mówi, że jeszcze tydzień i rozwiąże ciążę. 

Jest 12 czerwca, od rana świeci słońce. Śliczne, wiesz, inne niż zwykle. Inne dla mnie. Dzwonię do mamy i mówię jej ze Ania jest na świecie. Uczucia które wtedy mi towarzyszyły są nie do opisania. Ból straszny, nie mogę się ruszać, ale jestem taka szczęśliwa! Mój tata dzwoni do Alana. Wypytuje, on płacze, słyszę, że mówi, że ma 10 palców i nie wie ile waży ale jest śliczna. Rozbraja mnie totalnie tym zdaniem. 

Mija kilka dni. Wracamy do domu. Postarał się, posprzątał, choć nigdy tego nie robił, bo wiesz, to prawdziwy synuś mamuni. Podaj, zrób, przynieś… Jestem daleko od domu rodzinnego, wiesz, to staje się nagle dotkliwe. Przyjeżdżają rodzice, tata z kwiatami, całuje mnie w rękę, płacząc przy tym.  To jest takie… To było… To było takie poruszające. Mój stanowczy ojciec… Mama była wniebowzięta. Jak to dziadkowie. Przez chwilę łapię, chwytam tez niezwykłe chwile szczęścia. Wiesz, gdybym wtedy wiedziała… Nałapałabym na zapas…

- Powoli wpadam w depresję, nie mogę karmić. Tata zabiera mnie do lekarza, bo nie pozwalam nikomu dotykać Ani. Dostaję leki, które rzekomo mają mi pomóc. Jestem wyłączona, liczę dziurki w chlebie. Stosuję się do zaleceń, leki działają, powoli jest coraz lepiej. Czuję dotkliwy smutek gdy rodzice wyjeżdżają. Jakbym chciała powiedzieć chyba sobie bez was nie poradzę. Dałam radę. Mijają kolejne dwa tygodnie, trwa moja początkowa przygoda z macierzyństwem, okraszona szeregiem badań. Jestem już po biopsji, na szczęście to nie nowotwór złośliwy. Oddycham z ulgą. Ale przede mną kolejna operacja. Kolejna… Boję się, sama nie wiem czego do końca. Najbardziej boję się o nią. O Anię. 

Wstaje na chwilę, podchodzi do piaskownicy, wyciera małej rączki, tuli ją do siebie, coś mówi. Wraca do mnie.

- Przestałam być kobietą. Tak czułam. Wdech. Wydech. Straciłam wszystko… Macica… jajniki… Ale wiesz, nic się nie liczyło, tylko Ania. Tylko. Że jestem ja. I jest ona. Dawała mi taką niewyobrażalną siłę. Byłam skupiona wyłącznie na niej. I gdzieś po drodze zapomniałam, że mam męża. Gdzieś się mijaliśmy i w sumie to chyba nawet ze sobą nie przebywaliśmy. Dni mijały, przechodziłam rekonwalescencję. Anka jakby wiedziała, że nie mogę jej nosić, była grzeczna a każdy jej uśmiech dodawał mi sił. Sił by żyć. Kolejne etapy leczenia. Radioterapia. Boli mnie wtedy wszystko. Boli mnie serce, bo gdzieś za uchylonymi drzwiami słyszę "taka młoda "… Boli mnie… Boli… powtarza.

Teraz ja wstaję, bo obok nas usadawia się wiewiórka. Ania, chodź. Zobacz. Wskazuję na rezolutnego rudzielca. Popatrz, widzisz? Ma w łapkach coś do jedzenia. Pewnie zaraz to zakopie. Zerkam na nią. Patrzy gdzieś przed siebie. Aniu, wiesz, że wiewiórki zakopują jedzenie, a później zapominają gdzie je zostawiły? Mała patrzy zaskoczona. Przeczesuję jej zwichrzoną czuprynę, wracam. Gdyby ona mogła zakopać to wszystko… I zapomnieć… 

- Czas w szpitalu dobiega końca. Wracam do domu. Wszystko wraca do normalności. Wiesz, pozornie. Wszystko, tylko nie moje małżeństwo. Kłócimy się o wszystko i o nic. Gdzieś czuję że on nie daje rady psychicznie. Proponuję mu nawet terapię, ale wyśmiewa mnie. Rezygnuję, nie namawiam. Chyba nie mam siły. Oddycha ciężko.

- Kilka miesięcy później wyczuwam pod pachą guza. Gdzieś z tyłu głowy myślę, że tylko mi się wydaje. Że to niemożliwe. Możliwe. Kolejna operacja... Dzwonię do mamy i mówię jej, że gdyby mi się cokolwiek stało, to żeby nie pozwoliła, by moja teściowa wychowywała Anię. Tak bardzo się bałam.

Przerywa na chwilę. A ja nieśmiało ją pytam, z kim było jej dziecko, kiedy ona…

-  Mam złotą nianię. Mówi. Jest dla małej jak babcia. Daje jej opiekę. Ale co najważniejsze. Miłość. Daje jej miłość. Ty wiesz, że ona przychodziła z małą do szpitala? Tylko po to, żeby Anka mogła mi pomachać… Ania to dzielna dziewczyna, ona daje sobie świetnie radę. Mówi z dumą w głosie.

- Kolejny raz wracam ze szpitala do domu, ale już mniej żywa. Jakby ktoś mi zabrał energię. Odbieram wypis i widzę na kartce że mam stawić się u laryngologa - onkologa. Denerwuję się. Co jeszcze, pytam samą siebie. No co? Stawiam się. Znaleźli skąd ten potwór we mnie jest. Na krtani... Mówię dużo do córeczki, bojąc się że mogę już nigdy nie mówić. A ona… a ona zaczęła mówić mama. Radość matki wariatki nieokiełznana. 

Wiesz, co było dalej, pyta i nie czeka na moją odpowiedź. Tak. Szpital. Tak. Kolejna operacja.

- Udało się. Żyje. Jestem. Trafiam na chemioterapię. Do domu wracam w chuście, mała mnie nie poznaje. Tracę włosy, tracę siebie, tracę siły, które szybko odzyskuję. Tak bardzo chcę dla niej żyć. Tak bardzo ona mnie przecież potrzebuje…

Podbiega do nas Ania, mamo, widziałaś? Mówi. Widziałaś, jak zjeżdżam? Otrzepuje małe rączki z piasku. Patrzę na nie i pytam, jak ona czuje się dziś…

- Dziś...? Dziś żyje całą piersią, całą sobą. Ratuję małżeństwo, choć nie wiem, czy mi się uda. Wiesz, zawiesza się na krótką chwilę… Ja dałam życie Ani, a ona mi się tym samym odwdzięczyła. Tchnęła je we mnie na nowo, kiedy opadałam z sił. Wiesz... Ja kocham żyć…

Kiedy się żegnałyśmy zatrzymała mnie jeszcze na chwilę.

- Czekaj… Wiesz, przypomniało mi się… Właściwie pamiętam jakby to było dziś, jak leżąc w szpitalu po kolejnej chemii dostałam od Was zaproszenie na spotkanie… Boże jak ja wtedy płakałam… 
Nie masz pojęcia… 

Mam.

Mam, naprawdę.


Spodobał Ci się ten tekst?
Znajdziesz mnie też na facebooku. O tu: KLIK

Podobne wpisy

0 komentarze