wtorek, 21 czerwca 2016

Dzień dobry, kocham Cię...


fot. Milada Vigerova

Pada. Na całe szczęście pada. Niebo epatuje szarością. Nie ma żadnych prześwitów, żadnej niosącej nadziei na przegonienie szarości chmury. Nie ma żadnych przebłysków słońca, żadnego promyka, który rozjaśni nijakość dnia, w którym właśnie się budzę. 

Nie zniosłabym słonecznych uniesień. Nie dzisiaj. Może jeszcze wczoraj tak, w sumie nie, może jeszcze jakieś, ja wiem, trzy, maks cztery dni temu. Ale na Boga, nie dziś. Dlatego dobrze, dobrze cieszę się, pogoda mi sprzyja. Niebo płacze razem ze mną, o dzięki ci dobry losie, że tak jak ja masz dziś nastrój na niepogodę.

Nie umiem dziś być w tym domu, nie czuję się tu na siłach. Nigdzie się nie czuję, ale ta grubość ścian na tu i teraz zbyt mocno mnie osacza. Muszę znaleźć jakąś przestrzeń, jakąś niszową kryjówkę, jakąś jasność w ciemności dnia deszczowego, jakąś drogę ucieczki… od siebie.

Wezmę tę parasolkę, wyjmę ją z samego rogu szafy, jest śmieszna, cała niebieska, na dole ma różowe flamingi, po sześć na każdym trójkącie materiału, oddzielonego wygiętymi już nieco drutami. Tak mi się wtedy powykręcały, jak wracaliśmy z tego jeziora, a wcześniej z koni, ze stadniny w sensie, a potem wiało i się ta chmura oberwała i ja tę parasolkę przed siebie, a on mnie jakby za siebie, a potem obok, i tym ramieniem tak mnie obejmował…

***

- Mogę się przysiąść – słyszę skierowane w moją stronę pytanie.

Opieram łokcie na kolanach, palce mam splecione. Między nimi trzymam dwie nakrętki, dwa kapsle od Tymbarka z dwoma różnymi napisami. Nie chce mi się pić, nie jestem spragniona, no chyba, że uwagi, ale litości, nie jakiegoś podstarzałego pana. 

Ponoszę lekko głowę, zerkam w prawą stronę, no stoi on tam nadal stoi. Cofam spojrzenie w dół, całą plątaninę myśli sprowadzam do rozwodzenia się nad kapslowymi napisami. 

„Zacznij od nowa”

 „Możesz wszystko”

Akurat.

- Przecież pada – nie patrząc na niego w końcu mu odpowiadam.

- Ale pani tu siedzi w tym deszczu mimo wszystko – bez krzty zastanowienia szybko mi odpowiada.

- No siedzę, i co z tego? – Chyba jestem odrobinę niemiła.

- Nic, z tego nic akurat. Ja tylko zapytałem, czy mogę się dosiąść, o tu, do pani.

Wzruszam ramionami. 

- Skoro pan musi, to proszę.

- Dziękuję – odpowiada i się uśmiecha. 

Nie patrzę na niego ale czuję, że tak właśnie się dzieje. Mam taką dziwnie pojętą umiejętność wyczuwania emocji, które się tworzą u jakiegoś człowieka, nawet jeśli jest on ode mnie z daleka… No właśnie…

Starszy pan w popielatym garniturze nagle przerywa moje myślenie. Czuję jego wzrok na sobie, czuję jak się nieco bliżej mnie przysuwa. Ma różową koszulę, buty ciemnobrązowe, trochę śmiesznie się ta jego kolorystyka ubioru w całości komponuje, tak mi przebiega przez głowę w pierwszej chwili. A w drugiej zerkam na swoje kolorowo-ciapkowo-plamiaste getry, czerwone trampki i parasolkę z flamingami i kącikiem ust sama do siebie się niepozornie uśmiecham.

Podnoszę łokcie z kolan, prostuję plecy, ta pół wygięta pozycja już nieco mnie zmęczyła, siłą rzeczy obracam głowę i patrzę w kierunku mojego ławkowego współkompana.

- Wygląda pan, jakby miał pan ochotę mi coś opowiedzieć – wyrzucam tych kilka słów pośpiesznie z siebie. 

Nie wiem skąd mi się wzięły, nie wiem dlaczego to powiedziałam, po prostu akcja-reakcja, spojrzenie – zapytanie.

- A pani wygląda, jakby miała ochotę posłuchać. Proszę nic nie odpowiadać. Mam wrażenie, że jednak zgadłem.

Jednak…

No, to teraz mnie zaciekawił.

***

- Zmoknie pan.

- Przecież siedzimy pod drzewem.

Tak, moje zagadnięcie było bardzo, przeogromnie bystre.

- Coś panią martwi, że siedzi pani tu tak, w tym deszczu, tak w samo południe zupełnie sama?

- Przecież to ja miałam słuchać, to pan chce mi coś opowiedzieć – mówię nagle zbuntowana. 

Starszy mężczyzna przybiera pozycję z której ja przed momentem wstałam i mówi mi, że jasne, że mam racje, ale nigdzie nie było dodane, że nie może być na odwrót, że może jednak i ja bym chciała, no a że chciałam to…

- Martwi. Życie mnie martwi, proszę pana. Samotność mnie martwi. Moja samoświadomość mnie martwi. Moja dojrzałość. Moja nad-emocjonalność – wyrzucałam z siebie na jednym oddechu. Widzi pan? Widzi pan ten dzisiejszy świat, widzi pan tę rzeczywistość, te realia? Ja mam proszę pana trzydzieści pięć lat, trzydzieści pięć, no da pan wiarę? Nie jestem ani zbyt młoda, ani zbyt stara. Nie jestem też jakoś niecodziennie naiwna, żeby wierzyć w te wszystkie spełnienia marzeń, te szczęścia ponad miarę, te całe życiowe mądrości czy inne stanowienia. Tylko wie pan – kontynuowałam. Inni żyją, a ja ciągle walczę. Ciągle toczę batalię o jakąś normalność, o codzienność, o siebie. 

- Domyślam się, że chodzi o jakiegoś mężczyznę? Stąd te pani rozważania?

- Nie proszę pana, nie chodzi o mężczyznę. Mężczyźni się tak nie zachowują.

- Co poszło nie tak, zatem, pozwoli pani, że zapytam?

- Widzi pan, ja myślałam, że nic, że nic nie może pójść nie tak. Myślałam, że to wszystko idzie może trochę pod górkę, ale mimo wszystko, że idzie to dobrze. Że może faktycznie jakoś nie po kolei, może z jakimiś ekscesami ale przecież im trudniej się coś zdobywa tym łatwiej się docenia, no nie? Co pan o tym myśli? Czy podobne jest pana zdanie?

- W życiu warto jest iść na kompromisy, moje dziecko. Tyle ci powiem. Może powinnaś z nim porozmawiać?

- Jest tysiąc dwieście kilometrów stąd.

- Ale są telefony.

- Ale on nie chce gadać.

- Gdzie go poznałaś?

- W Internecie. Wie pan, są takie portale, gdzie można poznać człowieka. I jemu zaufać. A potem ten człowiek daje nam palec a my myślimy, że on nam dał całą rękę. Głowę, duszę, serce. I my się tej myśli kurczowo trzymamy. My, my ludzie z tego nie młodego i nie starego wciąż pokolenia. My naiwnie wierzący w miłość, zrządzenie losu czy inne przeznaczenie. My otwierający swoje serca, nie tam, gdzie trzeba. My brnący w relacje, które nie będą mieć w naszym życiu większego znaczenia. My, którzy potem z tym winem i paczką chusteczek oglądamy po nocach smutne seriale. Czytamy smutne wiersze i odtwarzamy w kółko stare piosenki. My proszę pana, my… my ludzie, którzy źle w życiu po raz kolejny trafiamy…

Ja się tu uzewnętrzniam i zamiast jakiejś złotej rady odpowiada mi zamyślenie. Starszy pan jakby wolniej oddycha, jakby odpływa, jakby chce coś powiedzieć ale nie wie jak zacząć, tym razem więc to ja zadaję mu pytanie.

- Dlaczego pan sądzi, że warto na te całe tak powszechnie oklepane kompromisy chodzić?

- Dlaczego? To czekaj, zaraz pani o tym opowiem. 

- Joasię poznałem trzydzieści pięć lat temu, dokładnie w osiemdziesiątym pierwszym roku – zaczyna opowiadać. Na studiach, w Krakowie. Jaka ona piękna była. Włosy miała blond, ale nie takie zwyczajne, takie falowane, jakby złote. Nos lekko piegami nakropkowany. Pamiętam jak udało mi się ją wyrwać do tańca na jednej ze studenckich potańcówek. To był taki czas, kiedy królował przebój zespołu ‘dwa plus jeden.’ 

‘Iść ciągle iść w stronę słońca. W stronę słońca aż po horyzontu kres… Iść ciągle iść tak bez końca…’

- I tak tańczyliśmy sobie, a ona nuciła. Ginęła w moich ramionach, taka drobna była. I tak później od tej potańcówki się wszystko zaczęło.

- Czym jest wszystko? – Dopytuję.

- Została moją żoną. Uśmiecha się. Pobraliśmy się w osiemdziesiątym czwartym roku. Taki skromny ślub, z małym przyjęciem, nie nazwał bym tego nawet weselem. Ślub jeden, w urzędzie, choć Joasia bardzo chciała, żebyśmy wzięli go też w kościele. Wtedy nie było ślubów konkordatowych, wtedy się normalnie jak ktoś chciał to dwa osobne brało. Ale ja w tym kościele to nigdy nie chciałem. Moje ówczesne stanowisko pracy i jego stosunek do kościoła też mi trochę w tym temacie narzucało. I ona uległa mi, i poszła na to, zaakceptowała moją decyzję, choć potem, całymi latami trochę mi to wypominała.

- Ma pan dzieci?

- Mam dwie córki – wyciąga portfel i mi je pokazuje. 

- Fajnie, też bym chciała – trochę się rozmarzam. 

- To Marynia, ona mieszka teraz w Lublinie. A to Elwira, ona jest młodsza, obie mają już swoje dzieciaki. O, to moje wnuki - wskazuje palcem kolejne zdjęcie. Wszystko można o mnie powiedzieć – dodaje. Co jak co, ale dzieci to mi się akurat udały.

- Ładne - kiwam głową. Zdjęcia. No i córki, i wnuki też - dodaję

- To pana żona? – Widzę kątem oka jeszcze jedno zdjęcie i nie gryząc się uprzednio w język zadaję kolejne pytanie.

- Nie, to Małgosia, moja przyjaciółka. Taka dobra dusza, moja znajoma – zaczyna opowiadać jakby plątał się w zeznaniach.

- Ale tu, o proszę – wyjmuje jeszcze jedną fotografię. Tu jest moja żona. 

Patrzę na to zdjęcie i trochę zamieram. Nic nie mówię, o nic nie pytam, nic nie dodaję. 

- Proszę, tu jestem ja, a tu Joasia. To nasze ślubne zdjęcie. Piękne prawda?

Prawda…

- Kiedy trzy lata temu straciła apetyt i zaczęła tracić na wadze to siłą zmusiłem ją do pójścia do lekarza. Ona się wzbraniała, że to tylko niestrawność, że może coś jej zaszkodziło, że może… Apotem diagnoza nas oboje z nóg zwaliła. Rak żołądka, stadium zaawansowane. To był taki cios. To był moment, kiedy lekarz prosił mnie do siebie i mówił mi spokojnym, wyważonym głosem: Panie Marku, proszę pozałatwiać najważniejsze sprawy. Leczenie na ten moment jest już zwyczajnie niemożliwe… I to najgorsze zdanie, że sprawa rozegra się w góra trzy-cztery miesiące…

Chwila milczenia.

- Joasia wiedziała?

- Nie, ja jej nigdy nie powiedziałem. Ale to była bardzo mądra kobieta, ja jestem pewien, że się domyślała. I wtedy, kiedy ja wyszedłem z tego szpitala, to pojechałem do jubilera, i za jakąś godzinę tam wróciłem. I klęknąłem przed nią, jak ona tam na tym szpitalnym łóżku leżała i ją zapytałem, czy zostanie moją żoną. 

- I ona się wtedy tak bardzo śmiała, tak, że ja ten śmiech słyszę do dzisiaj. I mówi mi ona, że przecież już jest nią, i to jak jej się wydaje chyba od zawsze. Ale ja jej wtedy mówię, że w obliczu prawa tak. Ale ja chcę żeby była moją żoną taką przed samym Panem Bogiem. I wiesz, moje dziecko, ona się zgodziła. Ja wiedziałem, że ja w ten sposób spełniam jej marzenia. A lekarz przecież mówił, żeby załatwić najważniejsze sprawy. A ta była dla mnie najważniejsza…

- I państwo się drugi raz wówczas pobrali?

- Tak. Kupiłem garnitur, taki elegancki, całkiem nowy. I sukienkę dla niej, z córkami razem żeśmy wybrali. I ten kwiat we włosy. I księdza załatwiłem. I ona na tym wózku inwalidzkim na tej szpitalnej Sali mi TAK mówiła, a ja byłem najszczęśliwszym mężem na świecie wtedy. A ona moją najwspanialszą żoną. A te trzy miesiące później ją pochowałem. I tylko tych kilka zdjęć mi z tego mojego życia zostało. 

***

On kończy ten wątek a ja nie umiem się zebrać na choćby jedno mądre zdanie. Może to i lepiej, może to jest dobra dla nas chwila milczenia. Myślę o nich, o tym czy czuł jej obecność w tym pustym domu, czy na przykład przez jakiś dłuższy czas, nawet nie zmieniał pościeli, żeby jej zapach w tym swoim łóżku zatrzymać. Czy wiedział wciąż, czy pamiętał nazwę perfum, którymi może przez ostatnie lata pachniała. Czy nosił jej na grób ulubione kwiaty i czy były to może kolorowe róże. A może tam sadził bratki, jak kiedyś, zwyczajnie. Czy pamiętał to TAK wtedy wypowiedziane, czy śniły mu się czasem jej śmiejące się oczy. 

- To może jednak porozmawiacie? – Kolejny raz jego pytanie przerywa moje rozważania.

- Chyba nie, wie pan, to się już chyba nie uda. Moja babcia kiedy go poznałam to na okrągło mi mówiła – Laura, dziecko, on nie jest i nie będzie dobry dla ciebie. Ale ja jej chyba nie do końca w tym temacie wierzyłam. I jaki z tego morał? Babci warto słuchać.

- Starszych warto słuchać, tak myślę, w ogóle – Pan Marek się serdecznie zaśmiewa.

- Ma pan rację. No i ja tak jeszcze wrócę, bo wie pan, on mi powiedział, że musiał wyjechać tysiąc dwieście kilometrów ode mnie, żeby zrozumieć, że nam źle jest razem. Miłość liczona kilometrami, czy nie wiem o co niby chodzi. Zerwane więzi? Czy co do cholery? Bo jak był ze mną tutaj, to mi mówił, że mnie kocha, ubóstwia, uwielbia, że będziemy na zawsze razem. Dziecko mieć z nim chciałam. A on mi jednym sms-em w jeden wieczór życie burzy. Zostawia mnie z chrupkami, i piwem, i gorącą wodą pod prysznicem, w którym stoję i wyję. I niby rano jest jakby lepiej ale jednak wciąż nie kolorowo, i ciągle nieprzerwanie szarość…

- Nie ma tego złego… To znaczy wiesz, zawsze mogło być gorzej.

- Jasne, przecież mogłam być w ciąży, ma pan rację – teraz to ja się beztrosko zaśmiewam.

- Słuchaj Laura, ja się będę już zbierał. Sądząć po kolorach nieba, to chyba zbiera się na jakąś burzę. Ale pamiętaj – w życiu nie wystarczy żyć. Życie trzeba przeżyć i to najlepiej, najlepiej jak się tylko umie. I wiesz, to jest ważne żyć dla siebie, ale ważne jest też żyć dla drugiego człowieka.

- Ale ja chciałam żyć dla niego. Ja chciałam proszę mi wierzyć. Przecież ja z nim weszłam na Giewont, i z nim te zamki zwiedzałam. I my te góry, te stadniny, te ryby, te konie, i arbuzy oboje lubimy. A on mi mówi, że ma dużo za sobą. No i co z tego skoro ma dużo za sobą to przecież we dwoje nam być łatwiej. No prawda?

- Prawda. Przyjdziesz tu jeszcze? Może za tydzień o tej samej porze. Przyjdziesz i przyjdę i ja. I wtedy mi opowiesz jak się twoje sprawy mają.

- Myśli pan, że można przestać kogoś ot tak kochać? Że coś nagle znika? Że jest coś takiego jak miłość mierzona kilometrami? Jak jestem daleko to już nie jesteś ważna dla mnie, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal, myśli pan, że jest to realne? Mój brat mówi, że on może ma tam kogoś, ale ja w to akurat nie wierzę. To znaczy nie chcę. Znaczy sam pan rozumie?

- Rozumiem. Przepraszam, muszę już iść, naprawdę. I proszę wybaczyć, że tak zwinnie przeszedłem z formy pani, do mówienia po imieniu.

- Nie, proszę nie przepraszać, to bardzo miłe.

- To do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

- Dobrze. To tak się umówmy. Przyjdę. Będę. Aaaa… Chciałam panu podziękować.

Machnął ręką.

- Nie ma za co moje dziecko, nie ma za co. Serdeczności życzę.

***

Tydzień później starszy pan na ławkę już nie przyszedł.

Zresztą tego w zasadzie nie wiem. Bo ja sama na nią już nigdy więcej nie poszłam.

I teraz, późnym wieczorem, kiedy właśnie sobie o nim pomyślałam, przypomina mi się jedno zadane wówczas przez niego pytanie:

- A mieszka pani z kimś teraz? Jest ktoś kto jest na wyciągnięcie ręki? Ktoś z kim pani na przykład posiłki jada? Bo wie pani, to jest ważne. Ważne jest, żeby nawet takie drobne elementy życia codziennego mieć i móc z kim celebrować.

- Z kotem – natychmiast odpowiedziałam. I nawet z jednego talerza jemy.

Widziałam, że był zaskoczony, szybko więc dodałam, że no come on, żartuję przecież.

A teraz patrzę na tę moją puchatą kocią kulkę - biało – czarną, czy tam czarno - białą i z uśmiechem wołam:

- To co, Marian? Po kabanosiku?


Magdalena 


Podobało Ci się? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad. Możesz na przykład dać mi lajka. O tu: KLIK 

czwartek, 16 czerwca 2016

Wczoraj nie nadejdzie.


Fot. Michel Fertig

Budzik dzwoniący dokładnie o godzinie, na którą został standardowo nastawiony. Ósma trzydzieści. Jeszcze chwila, jeszcze momencik. Drzemka. Ósma trzydzieści pięć. Jeszcze sekunda. Ósma trzydzieści siedem, zerkam, trzy minuty do kolejnego alarmu, do kolejnego dzwonka. Wyłącz drzemkę, klikam, na głowę naciągam kołdrę. Nie chce mi się, nie chce… Nie wstaję. 

A jednak…

Tak więc dzień zaczęty zupełnie zwyczajnie. Kierunek kuchnia - zlew pełen naczyń, zmywarka, która nie działa, cukier, który się rozsypał, cukiernica, której nie ma. Kierunek łazienka – całkowicie pełny kosz na pranie, całkowicie pusta butelka płynu do płukania i niby kłopot to żaden, gdyby nie totalny brak pieniędzy w zielonym portfelu. Kierunek salon – na stole goździki w  wazonie, bladoróżowe. Nie, pomarańczowe właściwie. Kieliszek upitego do połowy czerwonego wina i pusty kubek z torebką po melisie. Trzy zielone jabłka, balsam – zapach limonkowy. Wsuwki do włosów, jedna frotka, kolczyki ze sztyftami. 

Na powrót kierunek kuchnia. Parówki zjedzone na śniadanie, bułka z masłem do tego dodana, czarna herbata, cytryna bez skórki, bo skórka strasznie gruba. Końcówka keczupu, dziś już jest piąty, ile to jeszcze, za ile dni ta wypłata?

Kierunek sypialnia. Łóżko metr osiemdziesiąt, dużo jak na jedną osobę. Możliwość spania w poprzek, możliwość czytania do rana. Apropo - książka na nocnym stoliku i czasu na czytanie co niemiara. Urlop wcześnie zaczęty, choć późny właściwie, bo nie bieżący jeszcze a osiem dni zaległego. 

Plan ośmiodniowy – zero obowiązków, zero kłopotów, zero zmartwień, zero rozpamiętywania. Zero raportów, analiz, tabel, zero excela, zero laptopa, zero… na koncie. No jasna cholera.
Nic to, nic, mam przecież jakieś oszczędności, no dobra jakiś limit ponad normę, jakiś debet. 

Odpocznę, poczytam, posprzątam, będę szyć, wyjadę, odprężę ciało, odprężę psychikę. Ucieknę w Bieszczady, zagubię gdzieś zasięg, wyłączę siebie, wyłączę telefon… 

Telefon… Właśnie…

Jeden telefon, który właśnie dzwoni. Jeden numer zastrzeżony, jedno halo w słuchawkę rzucone. Jeden znajomy głos, jedno dobrze brzmiące zdanie:

- Cześć, Ewa… Możemy się spotkać… Jesteś tam? Ewa… Proszę, czy możemy się zobaczyć?

Jedno zakończ rozmowę, jedno zwyczajne jej przerwanie, jedno…

A do licha!

***

Kiedy wtedy, tamtego lata, te pięć lat temu straciłam pracę myślałam, że świat stanął na głowie. No bo jak, do cholery, jestem młoda, zdolna, dyspozycyjna, wykształcona, z aspiracjami. Przecież takich jak ja szukają, o takich się zabijają, przed takimi jak ja świat stoi, musi, no musi stać otworem.

Ale jak to, myślałam, no i pytałam, ale jak to, jak to szefie? Czy nie można dać mi szansy, czy nie można spróbować? Przecież to dopiero szkolenie, przecież to pierwszy etap, przecież przeszłam dwie rekrutacje, wie pan, ja nie jestem gotowa, trochę mnie pan zaskoczył.

- To wszystko - uścisnął mi dłoń. To wszystko, dziękujemy pani, pani Ewo - wepchnął mi w ręce (które opadły do kolan) plik z dokumentami. Resztę kadrowa odeśle pani pocztą. To co, powodzenia, i do widzenia.

Do widzenia…?

Jakie do widzenia, co ty pieprzysz człowieku, przecież już nigdy, przenigdy więcej się nie zobaczymy.

Mam w nosie Ciebie ponury grubasie, w nędznym garniturze. Pieprzę Ciebie i tę waszą firmę, firmę przeklętą, a niech wam, a niech wam się… się nie powiedzie. Tfu, wypluwam te słowa, nie wolno życzyć źle ani brzydko, nie wolno, ponad wszystko nie wolno przecież nikomu. Zło przecież powraca, powraca ze zdwojoną siłą. No więc, okej, niech będzie, zdanie zmieniam. Rozwijajcie te swoje skrzydła, rozpościerajcie, rzygajcie tęczą, niech wam się ulewa. No. Lepiej? Lepiej. Lepiej przecież zdecydowanie.

Zresztą, świat się przecież nie skończył a ja mam dokąd wracać. Ba, pakuję się jeszcze dzisiaj, jeszcze dzisiaj zrobię Ci Krzysiu niespodziankę. Jeszcze dziś utonę w Twoich ramionach, jeszcze dziś sobie… no pofiglujemy. Krzysiu, Krzysiu Ty mały figlarzu…

Nie dzwonię więc, nie proszę o wyjście po mnie na dworzec, nie, nie zapytam co kupisz nam dziś na kolację. Wszak… no wszak, kochanie, to będzie niespodzianka.

Suprise, Krzysiu, no taka sytuacja.

No i była i to jaka. Czerwony szlafroczek, sznureczek, na końcu pomponik, kopciuszek bez pantofelka w drzwiach naszego, wybacz Krzysiu, Twojego mieszkania.

- Pani pomyliła piętra kochanie - mówi Twoja, wybacz – z całym szacunkiem, nowa narzeczona. Krzysiu, słyszysz? Piętra pani pomyliła.

- Ewa, ludzie, co Ty tu robisz, Ewka? – Mam wrażenie, że jakby, pobladłeś. No Krzysiu. Krzysiu, kochanie.

- Pani się nie pomyliła? Ty znasz tę panią kochanie? - Kopciuszek staje na palcach i zza pleców mojego (hahaha – mojego) mężczyzny po raz kolejny się wyłania. 

- Nie, nie pomyliłam, tak się składa, że tu mieszkam. Znaczy mieszkałam. Znaczy…

- Ewa…

Głos mężczyzny mojego życia (no nie mogę) odbija się o ściany klatki schodowej, kiedy ja w pośpiechu już z niej zbiegam. 

- Spierdalaj – rzucam na odchodne, łapiąc równowagę i ogarniając sytuację walizka, schody, poręcz.

- No wiesz Ewa - słyszę tuż przy ostatnim schodku przed klatkowymi drzwiami. Myślałem, że masz jakąś klasę. Nieładnie tak się wyrażać.

***

Żałosne. Zamawiam taksówkę. I jadę. Dokądś jadę.

- Dokąd, dokąd pani sobie życzy? – Starszy siwy mężczyzna zadaje mi to standardowe pytanie.

- Akacjowa dwanaście – na jednym wdechu rzeczowo odpowiadam.

Wyjmuję telefon i niezwłocznie dzwonię. Jeden sygnał, drugi, piąty, dwunasty… 

- Pati, cześć, jesteś w domu?  

- Jestem a Ty? Jak u Ciebie, opowiadaj, jak szkolenie?

- Jadę.

- Gdzie?

- Do Ciebie. Zaraz będę.

***

No i stało się. Podjechałam pod kruczoczarną bramę, wysiadłam z ogniście czerwonego auta, zobaczyłam rudowłosą Patkę i się rozryczałam.

No, i pyta mnie ona, co się stało, Ewka, mów wyraźnie, o co chodzi, co się dzieje, a ja jej jedno. No, że chuj, chuj jeden, chuj nad chuje. I, że pracy nie mam, domu nie mam, chłopa nie mam, na myśl o tym znowu wyję, że nic nie mam, nic zupełnie i co teraz. No to ona mówi, że ja u niej mogę. Że tu mogę się zatrzymać, że pójdziemy na imprezę, i że ona mi pomoże z tą pracą, z tym wszystkim mi pomoże. I że się ogarnę, że razem się ogarniemy i że ona ze mną na zawsze, przyjaźń forever, i że mnie kocha, i że ona mnie nigdy nie skrzywdzi. Że na dobre, na zawsze, nad życie. I, że ze mną będzie jak będzie trzeba. I jak nie będzie trzeba to jej nie będzie. I żebym na razie rodziców nie denerwowała. 

I ja się wtedy znowu rozryczałam, no że mam ją. Że chociaż tyle, że mam na świecie swojego anioła, swoją przyjaciółkę.

***

Szklany bar, wyraźny stukot butelek, oparte o blat łokcie machające przed sobą banknotami. Lane z sokiem, dwa razy, i jeszcze malibu, i słomkę poproszę. Przepraszam panią, ja byłam pierwsza, to malibu to poproszę dwa razy. Czysta, zmrożona, macie może Państwo szampana? Wino musujące znaczy przepraszam. 

Słucham i chłonę tych ludzi, chłonę ich nie podane i nie wypite jeszcze alkohole, i się upijam. Albo upajam. Zaraz, po co ja tu przyszłam, odwracam głowę, co ta moja Patka chciała? Dwa cosmopolitany poproszę, zamiast banknotem dla odmiany macham kartą, pin poproszę, proszę. Chwytam kieliszki, unoszę w górę, i jakoś, jakimś cudem się przeciskam. Zlizuję cukier z obrzeża kieliszka, co Ty robisz, Patka mnie zgania, oszalałaś? No przepraszam, to już ostatnie, ostatnie ziarenka. Głupia jesteś mówi, to tak jak Ty popycham ją, tak dla żartu, i odsuwam się, pół kroku w tył, tak delikatnie, tak, żeby mi nie oddała z nawiązką w odwecie. Zanoszę się wprost ze śmiechu i wtedy na niego wpadam. 

Niego, czytaj jakiegoś najlepszego mężczyznę na świecie ever.

- Przepraszam, przepraszam - zaczynam się jąkać - przepraszam, nie chciałam.

- Skoro już trzy razy mnie pani przeprosiła, musiała pani to zrobić zamierzenie. No wie pani, nadepnęła mnie pani i wpadła na mnie celowo, no z zamiarem dokonania tego czynu.

- Słucham? – Chyba nie do końca zrozumiałam.

- Żartowałem. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Czy skoro tak miło nam się rozmawia, da się Pani zaprosić na jakiegoś drinka?

- Nie jestem sama – wypaliłam natychmiast. Tu jest moja koleżanka - wskazałam na Patkę okręcając głowę. Więc, owszem, możemy zrobić tak, że się z Panem napijemy. Ale płacę za siebie sama. W porządku? 

- Nie, ale niech będzie. Niech tak będzie, niech wyjdzie na Pani. 

I znów te jego równe, wyszczerzone od ucha do ucha zębiska.

***

Potem, później, zwał jak zwał, mniejsza o to, więc generalnie wracając - jak mi później powiedział, okazało się, że niezmiernie spodobała mu się moja pewność siebie. Dobre sobie, ja zwyczajnie byłam podchmielona, żeby nie powiedzieć, że pijana. I zwyczajnie cwaniakowałam. Wymądrzałam się, wykrzywiałam usta w dzióbek zgrywając niedostępną, niezainteresowaną, i w ogóle nie nie, nie myśl chłopie nic sobie. A przecież nie wiedziałam, czy on myśli sobie cokolwiek nawet. Ale nie ważne, to tak asekuracyjnie, jakby jednak myślał. A myślał. I ja myślałam. No i na myśleniu się nie skończyło, bo finalnie staliśmy się parą. Rety, to dopiero ledwo dwa miesiące od tamtego rozstania a ja tu ni stąd ni zowąd (no dobra z klubu Magnolia) mam chłopaka.

Byłam szczęśliwa, choć wciąż bezrobotna a oszczędności jakby to nazwać w jakimś zawrotnym tempie mi topniały. Szybkie logowanie, szybka ocena stanu konta, dobra mogę pozwolić sobie jeszcze na jakieś wakacje.

- Ewa, ja zapłacę - słyszę ciągle za plecami, Ewa, no zgódź się, pozwól mi się zabrać, przecież wiem, że teraz nie pracujesz.

Nie, nigdy w życiu. Nigdy w życiu się na to nie zgodzę. 

Idziemy do biura podróży, kierunek Grecja, Kreta. Wylot za cztery tygodnie, do tego czasu muszę żyć jakoś mega oszczędnie. Trochę mi przykro, że teraz sobie organizuję sama urlop, że sama sobie tworzę radosne wakacje. Przecież mieszkam wciąż u Patki, dzięki niej się jakoś trzymam, dzięki niej…

No i przecież miałyśmy wyjechać gdzieś tylko we dwie, razem. Miałyśmy szaleć w nocnych klubach, oddawać się eskapadom, spędzać upojne noce i nie myśleć o konsekwencjach. A ja nagle fruwam cała w skowronkach, cała szczebiocząca, cała zakochana.

Czuję się trochę nie fair, jakbym ją raniła.

Ale ona mówi, że nic, nic to, lećcie, i bawcie się dobrze. 

- I wiesz Ewa - mówi mi ona, żeby Ci się jeszcze jakaś dobra praca trafiła.

I ona wtedy nie wie, że ja wysłałam tamto cv, tamtego dnia i że ta praca jest w zasięgu spełnienia moich marzeń. Ona nie wie, a potem nie wiem ja, że ta praca właśnie teraz, naraz ze wszystkim mi się trafia. I trafia mi się wtedy, kiedy ja mam zaplanowany urlop. Kiedy zapłaciłam za wakacje całą kwotę. Kiedy nie mogę tego przełożyć, kiedy pieniądze mi przepadną. Kiedy właśnie legnie w gruzach urlop mojego życia. Kiedy to właśnie teraz musze wybrać, albo praca i wyjeżdżam na długo – bo na cały miesiąc nie bagatela, albo… albo opalam się na Krecie, za resztę moich oszczędności, potem wracam, zęby w ścianę i wciąż jestem na czyjejś łasce. Do tego bezrobotna.

Ja pierniczę.

***

- Patka, słuchaj, a może Ty byś za mnie poleciała? Co? – Aż się podniosłam z krzesła, taka byłam podekscytowana.

- Ja? – Zapytała zdziwiona.

- No Ty. No wiesz, w innych okolicznościach to ja bym Ci… no wiesz, ale gdybyś mogła odkupić ode mnie te wczasy, ej nawet z rabatem, bo normalnie to ja bym tej kasy nie chciała – zaczęłam się plątać w zeznaniach.

- Nie chodzi o kasę, głupia - usiadła na stole. Ale jak to sobie wyobrażasz? Mam jechać na urlop z Twoim facetem?

- No. No tak. Chociaż mi go popilnujesz.

***

Z miesiąca zrobiły mi się dwa. A potem wysłano mnie na staż do Londynu. Było bosko. Super zespół, super ekipa projektowa, dobrze zarabiałam. Wiem, wiem, to dopiero początki, ale czułam, że rosną mi skrzydła. Że odbijam się od dna, któremu się tak długo pochłaniać dawałam. Byłam wciąż nieziemsko (choć na odległość) zakochana, spełniałam się, szlifowałam język na prywatnych (samodzielnie opłaconych!) lekcjach, bo obczyzna więc musiałam go znać. Wiadomo. Szukałam mieszkania, snułam plany, że zamieszkamy w nim z Pawłem, we dwoje, razem. Już oczyma wyobraźni widziałam, jak pakuję jedną, drugą, piątą walizkę i kolorowe kartony. Jak podjeżdża duży, biały bus i pakują te rzeczy do środka a ja tak raz po raz coś pomagam. Jak stoję przy kruczoczarnej bramie i ściskam Patkę i jak jej tak z serca dziękuję, za wszystko, za pomoc, za przyjaźń, za całość…

***

- Patrycja, nie wiesz co się dzieje z Pawłem? - Zadzwoniłam któregoś popołudnia, lekko już zmartwiona.

- Nie – padła krótka odpowiedź. A dlaczego?

- Bo wiesz, nie odbiera od wczoraj. Nie odpisuje. Nie było go też podobno w pracy, bo dzwoniłam. Słuchaj, mogłabyś to sprawdzić? Mogłabyś tam pojechać, mogłabyś, gdybym Cię o to poprosiła?
 
- Mhm - usłyszałam jak Patrycja ciężko oddycha.

- Patka w porządku? Coś się stało? Ty płaczesz?

- Nie, coś mnie pobiera, mam katar. Słuchaj, ja oddzwonię, dobra? Oddzwonię, do usłyszenia.

Kurcze, mam złe przeczucia. Chyba coś się stało…
 
***

Dźwięk połączenia przychodzącego na skype wyrwał mnie z krótkiej drzemki. Teraz kiedy jestem w Londynie ta forma kontaktu ze światem mimo wcześniejszego wzbraniania się przed nią chyba mi jednak najbardziej pasowała. Odbierz, wcisnęłam i wtedy moim oczom ukazali się oni. Patrycja i Paweł. Paweł i Patrycja. Oni a jak nie oni. Jacyś smutni, jacyś dziwnie zmieszani. Jakieś uśmiechy takie ukradkowe, jakieś takie zdawkowe. Kurcze, o co chodzi?

- Co tam - pomachałam im na powitanie - co u Was, tęsknicie za mną, stąd te ponure miny? Nie posiadacie się ze smutku co, pewnie z utęsknieniem na mnie czekacie?

Ty, widziałam jak Patka szturcha go łokciem. Nie, ty, teraz on szturchał ją na przemian. 

- O co chodzi? – Na dobre się już zdenerwowałam.

- Ewa - wydukał w końcu Paweł. Ewa, wiesz, my się pobieramy.

- Dziwny masz sposób proszenia mnie o rękę - wybuchnęłam szczerym śmiechem. Ale dobra, niech będzie, tak, mówię Ci tak, kochanie.

Odpowiedziała mi poważna mina.

- Ewa, źle mnie zrozumiałaś - dodał. A Patrycja już wtedy płakała. Ja i Patka się pobieramy. Spodziewamy się dziecka. Chcieliśmy osobiście, ale widzisz jaka jest sytuacja…

Zamknęłam pokrywę laptopa. Zapaliłam papierosa. Wyjęłam z lodówki łiskacza. Pociągnęłam spory łyk, bez lodu, jak należy, bez coli. A potem drugi. A potem nie pamiętam, bo zasnęłam. Ale na pewno długo, bardzo długo i bardzo mocno płakałam. W poduszkę. 

Boże bolało mnie wtedy wszystko nawet końcówki rozdwojonych od dawna włosów. Myślałam, że oszaleję…

Zostałam w Londynie, miałam taką możliwość, choć wcześniej się upierałam, że będę wracała. Szef się ucieszył, obiecał dokładać się do opłat, wszak mieszkanie było służbowe. Myślałam, że mi się tam spodoba, że będę tam szczęśliwa. Nieco później jednak wróciłam. Do domu rodziców. I wtedy im wszystko opowiedziałam. A potem wciąż pracowałam tylko już w polskim, nie londyńskim oddziale. Wynajęłam mieszkanie, zaczęłam nawet myśleć o kredycie. Zapisałam się na terapię, powoli się składałam w całość.

Zaproszenie na ceremonię ślubu, do urzędu stanu cywilnego, przyszło pocztą. Pamiętam dokładnie, to był jakiś poniedziałek. Na adres domowy rodziców. Jak widać, wciąż go pamiętała. Nie poszłam. Nie miałam najmniejszego zamiaru. Zdecydowanie.

W tak zwanym międzyczasie zaliczyłam kilka relacji, bo trudno tu mówić o związkach, bardziej lub mniej udanych, kilka zawodów miłosnych, kilka kolejnych sukcesów i kilka porażek…

Czasami jeszcze o niej… o nich myślałam. Ale nie dziś, nie teraz, no nie teraz… To nie była dobra chwila…

No ale zadzwoniła…

***

- Ewa, nie rozłączaj się proszę… Proszę spotkaj się ze mną, tak bym chciała, żebyś poznała Stasia … Ewa, wiesz, że my się rozwodzimy. Kurczę, jak dobrze, że masz wciąż ten sam numer… Jedno popołudnie, proszę…

Poszłam.

***

Siedzimy tak sobie na tej ławce w parku, mały Staś tuż obok w lewej rączce trzyma łopatkę i zacięcie grzebie nią w piasku, w prawej rączce trzyma mały soczek. Uważaj, pij powoli, weź w dwie rączki, nie tą, o widzisz, teraz dobrze, zaraz się cały ukleisz i pobrudzisz, Stasiu… 

- Przepraszam Cię - mówi po chwili - dzieciaki… Trzeba to wszystko nadzorować. 

- Pamiętasz – dodaje - pamiętasz, jak my byłyśmy takie małe? Pamiętasz tę trzecią ławkę w rzędzie pod oknem, w której żeśmy razem siedziały? I przyszywanie kieszonek do marynarki, które pomieściły ściągi, nasz niezbędnik na maturze? Pamiętasz, Ewa? Pamiętasz studniówkę, i to, jak ten Karol Cię wtedy pocałował? I nasze wakacyjne wojaże wtedy w Ustce, i wtedy w Łebie… 

- Rety - przetarła oczy, jakby udając, że wpadł jej do nich jakiś pyłek. Rety Ewa… Ewa, może jest dla nas jeszcze jakaś szansa… jakaś szansa na naszą przyjaźń? Te wspólne lata, pamiętasz je? Przecież to wszystko wygląda tak, jakby się działo wczoraj…

Patrzę przed siebie, w jeden punkt, który naraz zaczyna się przemieszczać. Wbijam wzrok w wiewiórkę, tańczącą zwinnie na pobliskim drzewie.

Jakby wczoraj… myślę… jakby wczoraj… 

Tylko wiesz, ja bym wolała, żeby to wszystko miało być jutro…

Przecież wczoraj nie nadejdzie…

Magdalena

Podobało Ci się? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad. Możesz na przykład dać mi lajka. O tu: KLIK