Nim będzie za późno.




Tak sobie myślę, że to, co naj­szczer­sze, zaz­wyczaj po­zos­ta­je niewypowiedziane.

Niewy­powie­dziane słowa grzęzną nam w gardłach, po­woli nas dusząc.

Na nasze własne życzenie. 


***

Wrzesień 2017, mój dom, początek 


Jak to wszystko się zaczęło? Ano wróciłam do Polski bo kilkunastomiesięcznym pobycie na obczyźnie i udałam się na coroczną wizytę kontrolną do lekarza, a później beztrosko zadzwoniłam po wyniki. Najpierw wisiałam kilka minut na telefonie, łączona z rejestracji głównej do gabinetu położnej, która miała mi odpowiedzieć w temacie moich wykonanych dwa tygodnie temu badań. Z tamtego dnia pamiętam tylko moje powtarzane do znudzenia słowa biegnące po niewidocznym kablu linii telefonicznej (ale jak to?) łączącej cień mojej osoby z panią Małgorzatą, która zaprosiła mnie pilnie na wizytę. Najlepiej już spakowaną na oddział, ale ona tak naprawdę to nie mogła nic powiedzieć.

- I niech się pani nie martwi, wymagana jest dalsza, szczegółowa diagnoza.

Martwi się. Pani. Niech nie.

Tak mniej więcej zapamiętałam tamtą rozmowę.

***

Wrzesień 2017, Szpital w Lublinie

Pierwszego dnia rano młody lekarz na obchodzie zapytał mnie kurtuazyjnie:

- No i co mi pani, pani Martyno ciekawego powie?

Powiedziałam mu, że nie chcę umierać. Że nie mogę, bo chcę żyć, dzisiaj, jutro, wczoraj, tu i teraz. Że jestem wściekła, bo w domu czeka na mnie sterta zmywania i brudne okna, i, że kiedyś nie znosiłam tego robić i odkładałam na później, a teraz to czuję, że chcę to niezwłocznie zrobić, bo bardzo to lubię. Że nie chcę tu zostać, że nie chcę trwać w bezruchu pod tą wykrochmaloną białą kołderką, że nie chcę odwiedzin, nikogo powiadomić, z nikim rozmawiać, nic nie chcę, poza tym, że nie chcę umierać. Kiedy skończyłam swój monolog on powiedział tylko:

- Nic nie jest nam dane raz na zawsze. Nikt nie chce.

I wyszedł.

I tu się mylił, bo na świecie są tysiące samobójców, sama kilkadziesiąt razy w życiu w przeróżnych sytuacjach, które mnie spotykały wypowiadałam nieopatrznie ‘chcę umrzeć’, ‘nie przeżyję tego’, ‘pora umierać’.

I tak było.

Kiedyś. I nie na poważnie.

Takie żarty.

Może Bóg spełnia teraz moje życzenie, bo on tych żartów zwyczajnie nie zrozumiał?

***

Czerwiec 2014, Lyon, Francja


Przypomina mi się taka sytuacja. O tym, że nic nie jest nam dane na zawsze przekonała mnie kiedyś moja sąsiadka. Którejś zimy porządkowałam szafy, taki gruntowny przesiew rzeczy mniej lub bardziej niepotrzebnych. Wszystko to co uznałam za zbędne pakowałam w przeźroczyste worki, których miejscem docelowym miał stać się stojący tuż pod moim blokiem kontener. Schodziłam ze schodów niczym cyganka z tobołkiem, niosąc w zawiniątkach stare swetry, nadszarpnięte zębem czasu ręczniki, nigdy nieużywane otrzymane dawno temu dziwnej maści i faktury pościele, buty sprzed czterech sezonów i przerzucony przez nadgarstek prawej ręki kolorowy kocyk, innymi słowy pozostałości po starych właścicielach mieszkania, które wynajmowałam. Kocyk - czyli kawałek polarowej tkaniny, która jakimś cudem nie chciała za nic w świecie zmieścić się do kilkunastolitrowego wora. Wykończony zakopiańskim ściegiem kwadratowy kawałek materiału z wizerunkiem krasnala mającego być (rzekomo) świętym mikołajem. Na wysokości drugiego piętra niczym duch na mojej drodze stanęła sąsiadka.

- Wyprowadza się pani? – zapytała

Biorąc pod uwagę kubaturę rzeczy z którymi się niezdarnie gramoliłam, miała prawo do takiego przypuszczenia. Zdjęła ten kocyk z mojej ręki, przydusiła go w palcach, zwinęła w rulonik tym samym pytając, czy w związku z faktem, iż chcę go wyrzucić, ona może go zatrzymać.

Wzięła. A ja poszłam dalej, o całej sytuacji zwyczajnie zapominając.

Następnego dnia pod moimi drzwiami stała litrowa, szklana butelka wiejskiego mleka. Pojawiła się też dnia kolejnego i kolejnego. I tak przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Przyzwyczaiłam się, gotowałam na nim owsiankę, używałam go do kawy, zupełnie nie mając pojęcia skąd ona się tam za każdym razem wzięła. Od trzysta sześćdziesiątego szóstego dnia z zaskoczeniem stwierdziłam, że butelka z mlekiem się już nigdy więcej nie pojawiła. Kilka wieczorów później biegnąc z walizką po schodach spotkałam sąsiadkę od kocyka.

- Dziękuję Martynko za kocyk. Mam nadzieję, że mleko smakowało. Minął rok. Swój dług wdzięczności już zatem spłaciłam.

Tak okrutnie śpieszyłam się wówczas na lotnisko, że zwyczajnie zaniemówiłam.

Od tamtej pory wiedziałam, że coś się może zwyczajnie skończyć. Zniknąć. Przestać istnieć. Pstryk. I nie, nie wrócić już nigdy niczym bumerang.

Dług.

Właśnie.

Ja swojego nie spłaciłam.

***

Lipiec 1997, Konopnica 


Pamiętasz? Nakłuwamy sobie palce wskazujące igłą zabraną babci z szuflady starej maszyny. Przytykamy je następnie do siebie, symbolicznie mieszając swoją krew. Dla nas to ważna i pełna podniosłego wydźwięku ceremonia. Po wszystkim każde z nas oblizuje swój palec. Siedzimy na murku, oddzielającym plac zabaw od cmentarza. Machamy nogami, pijemy czerwoną oranżadę. Zagryzamy ją kokosowymi drażami. Mdli nas od przesytu słodyczy, palącego słońca, śmiechu do bólu brzucha, kręcenia się na karuzeli, kopania piłki, dobrej zabawy. Marszczymy nosy i czoła, przytykamy skroń do skroni, obejmujemy się rękoma za plecami. Mamy dwanaście lat.

- Przyjaźń na zawsze, mówisz.

- Na zawsze, powtarzam.

***

Wrzesień 2017, szpital w Lublinie


Gdyby ktoś mnie teraz zapytał kim jestem, to powiedziałabym, że zwykłą prostą linią. Bez upadków, bez wzlotów. Wektorem bez określonego zwrotu, który nie chce mi pokazać, w którym powinnam pójść kierunku. Leżę. Łóżko jest dosyć wysokie i niewygodne. Na sali jesteśmy we trzy, ja leżę najbliżej okna, tuż obok starego żeliwnego kaloryfera. Gorąco. Okna zamknięte na amen, nijak nie idzie ich otworzyć. Drzwi uchylone, z korytarza słychać znajomy stukot. Metalowy wózek, na nim pudełka z posiłkiem z cateringu, który ostygł na mój gust dobre dwadzieścia pięć minut temu. To wtedy siedząc na parapecie z nosem przyklejonym do szyby widziałam dostawcze auto z napisem ‘Obiady domowe’ na szpitalnym podjeździe. Nie wiem co dziś serwują, ale w ciemno wiem, że nie mam na to najmniejszej ochoty. Zjadłabym pizzę. Zapiekankę. Frytki. Coś z kfc. Kebab. Szejka o smaku krówkowym. A gdyby tak tej nocy wyjść stąd, pójść na żywioł, kierować się sercem i narobić (może już ostatni raz w życiu) głupot?

***

Luty 2013, Lublin


Obwiniałeś mnie. Mówiłeś, że jest ci przykro. Że myślałeś, że jesteś kimś wyjątkowym i przepraszałeś mnie, że chciałeś się tak właśnie poczuć. Nie mogłeś mi wybaczyć, że postanowiłam wyjechać. Krzyczałeś, że jestem egoistką, że zrywam naszą przyjaźń. Że mi przecież kibicujesz, życzysz jak najlepiej, ale dlaczego chcę podzielić naszą relację pieprzonymi kilometrami. Mówiłeś, że mieliśmy być tutaj zawsze razem, w Lublinie. Zimą chodzić na łyżwy, latem na rolki, jesienią na grzyby. W lasach śmiać się do rozpuku, kiedy piszczę na widok pająka a ty strącasz kijem ogromne pajęczyny. Miałam słuchać o twoich miłościach, radzić się ciebie w doborze koloru nowych szminek. Miałam piec ci brownie z orzeszkami ziemnymi i słonym sosem karmelowym. Mówiłeś, że Lublin to jest miejsce, w którym zaczyna się początek lepszego życia.

A potem wyprowadziłeś się do Radomia i ostentacyjnie przestałeś do mnie odzywać.

***

Lipiec 2017, Lyon


Wracam do Polski.

Przestaje mnie tu cokolwiek cieszyć. Spacery po starym mieście, urocze uliczki, ciekawe zakamarki, restauracje, sklepy, park z jeziorem, ogród botaniczny i Zoo. Bulwary wzdłuż Rodanu, ścieżki rowerowe, turyści, anonimowość na mieście.

Jestem sama. Samotność smyra mnie po pleckach i robi mi rano śniadania. Rozmawia ze mną, uczy się, czyta, pije ze mną wino. Mieszka ze mną, rozgaszcza się w mojej szafie, na wolnych wieszakach i w połowie pustych szufladach. Jest w moim niedojedzonym czerstwym już bochenku chleba, jednej czwartej leżącej od miesiąca czekolady. Jest w rachunku z dwoma pozycjami wystawionym w tajskiej knajpie na jedną osobę. Jest w moim pojedynczym bilecie do kina, udawaniu przy stoisku z popcornem, że biorę największy, bo czekam jeszcze na kogoś. Jest braniem wszystkiego w sklepie po dwie, trzy, pięć sztuk, bo głupio tak z jedną bułką, cebulą, jabłkiem czy bananem. Moja samotność rozmawia z ludźmi autobusie i tramwaju…

Czasem się zastanawiam, jaka jest tego geneza. Jak to jest, że ja tak wiele nie widzę, bo nie chcę, a nie dlatego, że realnie nie dostrzegam. Jak to jest, że jestem egoistyczna i zdziwaczała. 


***


Wrzesień 1997, Konopnica

Kiedyś dostałam dwie jedynki jednego dnia, z dwóch ważnych prac klasowych i wtedy matka się na mnie bardzo zdenerwowała. To było tuż po naszej manifestacji braterstwa krwi, nowy rok szkolny, od wakacji cały czas byłam tobą nadmiernie zafascynowana. Matka krzyczała, że jej córki nie interesuje szkoła, bo jej córka jest zakochana. Że jej córka wierzy w romantyczną miłość i zamiast w naukę celuje w ideały. Że ona zapieprza z pracy do pracy a ja się zajmuje fruwającymi w moim (tu dodała opasionym) brzuchu motylami. Nie wiem czy potrzebnie się wtedy odezwałam, ale powiedziałam jej:

- Że mam na ten temat inne zdanie.

Wtedy rozpętała się prawdziwa awantura. Usłyszałam, że miłości nie ma, ale jak chcę, to mogę być sobie taka kochliwa. Że tatuś też kochał. Najpierw ją, a potem kolejne panie, które ja mogę teraz dumnie nazywać ciociami.

I wtedy moja matka zbudowała ścianę. Mur. Zabiła moją dziecięcą radość. Uczucie.

Pamiętam, że było mi wstyd, że coś do kogoś kiedyś czułam.

A, i jeszcze rano, na klatce schodowej, przed sąsiadami.

***

Wrzesień 2017, droga z Lublina do Radomia

 
Ryzyk fizyk. Wychodzę ze szpitala. Jadę do ciebie bardzo późnym wieczorem, choć cisza na ulicach wskazuje na sam środek nocy. Najpierw proszę o zatrzymanie się w centrum miasta i wchodzę na moment do shot baru, na coś mocniejszego, na coś na odwagę. Głupio tak pić w pojedynkę, podchodzę do stojącego w rogu sali dj-a i pytam, czy napije się ze mną alkoholu. Robię to spontanicznie. Mam ochotę odejść od schematu i być tą, która proponuje postawienie drinka facetowi. Zgadza się, podkreślając, okej, ale ja stawiam. Dwie minuty później na konsoli lądują cztery duże kieliszki wódki wymieszanej z red bullem. Wypijamy. Na plecach czuję czyjś wzrok . Przeszywa mnie niemal na wylot. Dj szeptem mówi mi, że to jego dziewczyna. Podnoszę dłonie na znak, się poddaję. Dziękuję mu, wychodzę i jadę dalej.

Jedziemy autem z taksówkarzem, po drodze trafiamy na korek i jest mi strasznie niedobrze. Gaz, hamulec, i tak na zmianę. Tak sobie myślę, że może wysiądę, pójdę pieszo, tuż obok auta, nowo powstałym chodnikiem prowadzącym wzdłuż drogi. Jakąś chwilę później to wszystko się jakby rozluźnia, droga staje się szeroka i płynna, rozmazuje mi się i zasypiam na jakąś chwilę. Kiedy mój kierowca komunikuje mi, że jesteśmy na miejscu, płacę kartą, wysiadam i wysyłam ci wiadomość. Nie odpisujesz, więc dzwonię. Cisza. Wzruszam ramionami, wcale mnie to nie zraża. Ktoś akurat wychodzi z psem, więc kilka chwil później jestem już na twojej klatce schodowej. Pukam do drzwi. Cisza. Przecież ja nawet nie wiem, czy wciąż tu mieszkasz, czy jesteś sam. Czy masz partnerkę, narzeczoną, może nawet żonę? Nigdzie tego nie zdążyłam sprawdzić, nie umiesz przecież w życie w social mediach, jak i ja nie umiem.

Jestem zmęczona, zasypiam siedząc na betonowej posadzce. Oparta głową o zimne barierki, nie wiem ile czasu trwam w letargu. Budzi mnie dźwięk telefonu w kieszeni. Nie wierzę własnym oczom. Oddzwaniasz.

***

Nie było cię w domu. Wróciłeś po półgodzinie. Nie chcę twojej litości, nie mówię ci, że właśnie uciekłam ze szpitala i prawdopodobnie jestem poważnie chora. Nie mówię, że chciałam się być może pożegnać, zobaczyć cię jeszcze, że nie wiem czy to ostatni raz, czy będzie inna
okazja niż mój własny pogrzeb . Kłamię, że jestem przejazdem, że mam urlop, nocuję koleżanki na Borówkowej. Mówię, że jestem głodna, pytasz na co mam ochotę. Ubierasz się, wychodzisz na moment do nocnego sklepu, przynosisz część z tych rzeczy, resztę zamawiasz. Pytasz na co jeszcze mam ochotę, a ja mówię, że chcę zatańczyć. Odsuwasz stół krzesłami na boki, muzykę włączasz na cały regulator. Elton John, Sacrifice, wiesz co lubię, pamiętasz. Nie przeszkadza nam trzeszczący szum dochodzący z tylko jednego działającego głośnika. Tańczymy. Przytulasz mnie do siebie najmocniej i najbardziej. W pewnym momencie podnosisz mnie do góry, kręcisz mną w powietrzu piruety. Patrzę na ciebie z góry, wiruje mi wszystko tak jak kiedyś po tej oranżadzie, drażach, karuzeli. Śmieję się tak samo. Czuję tak samo.

Opuszczasz mnie na ziemię, łapię równowagę, chcę, żeby to wszystko spowolniło. Żeby się zatrzymało. Żebym mogła to odtworzyć, przewracać sobie niczym kolorowe obrazki w kalejdoskopie. Ułożyć w całość pasujące do siebie kolory jak na kostce Rubika.

Śpimy razem, wtuleni, bez seksu, bez dodatkowych pytań, bez prysznica, bez całowania. Zrywam się znienacka nad ranem. Całuję cię w czoło, jesteś na granicy snu i jawy. Mówisz, że do zobaczenia, że sprawdzisz mi pociągi. Że ci się śniłam, że były święta i piekliśmy sobie pierniki razem.

***

Wrzesień 2017, Droga z Radomia do Lublina 

 
Za taksówkę po raz kolejny zapłacę krocie. To nic, to nie ważne, to nie ma znaczenia. W radiu słyszę ‘chwila która trwa może być najlepszą z twoich chwil’. To prawda, to święta prawda. W szpitalu udaje mi się zjawić tuż przed obchodem. Nim do naszej sali wejdą lekarze, po mnie przychodzi młoda pielęgniarka. Wstaję, idę niczym na zesłanie do gabinetu lekarza.

- Bo widzi pani, pani Martyno, bo tak się składa, że zaszła pomyłka, bo te wyniki, to one nie były pani, bo pani się nazywa Mikołajczyk, a one były pani Mikołajczak, rozumie pani, co chcę powiedzieć, że chcemy panią przeprosić, że naraziliśmy panią na niepotrzebny stres, i mamy nadzieję, że to wystarczy, że nie będzie tu wymagana żadna droga sądowa, rozumie pani…

Ucałowałam łysego lekarza w czoło. Chwilę później wybiegałam ze szpitala. Dzwoniłam po taksówkę, kiedy połączenia przerwała mi odebrana wiadomość.

‘Nie rozumiesz. Nic nie rozumiesz, albo nie chcesz. To jest taka gra. Muszę się od Ciebie odciąć. Znów to zrobiłaś, znów mi uciekłaś, znów mnie okłamałaś. Wiesz jak to jest wracać? Do miejsc, ludzi sytuacji? Do chwil, momentów, przekraczania granic? Zapachów, dźwięków, smaków? Jak to jest iść po raz drugi raz już kiedyś pokonaną drogą? Przejechać ileś tam kilometrów, żeby znaleźć się gdzieś nie wiadomo po co i tylko na chwilę? Nie mogę sobie wybaczyć, że wtedy gdy wyjechałaś na ciebie nie poczekałem. Nie wiem dlaczego uciekłem od tego wszystkiego chcąc ukryć się w tłumie.’

Nie odpisuję.

Jadę prosto na dworzec.

Nie musisz mi sprawdzać pociągów, zrobiłam to już sama.

Dzielą mnie od ciebie dwie godziny, czterdzieści trzy minuty, i jedna przesiadka w Dęblinie. Do świąt jeszcze daleko, ale przyprawą do pierników pachnie mi w całym przedziale.


Podobało Ci się? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad. Możesz na przykład dać mi lajka. O tu: KLIK Instagram tu: KLIK

Na Wasze historie czekam tu: glupiesercee@gmail.com lub tu: KLIK
 
Źródło zdjęcia: www.unsplash.com

Podobne wpisy

0 komentarze