Stałam w trzecim rzędzie i najgłośniej ze wszystkich biłam mu brawo. Grał wzorowo. Ten wyraz twarzy, ta mimika ciała, ta ekspresja emocji która każdą najmniejszą komórką z niego wychodziła totalnie mnie obezwładniały. Wpatrzona byłam w niego jak w obrazek. Łapałam powietrze co rusz trwając przez kilkanaście sekund nieruchomo, na tym jednym wdechu. Niczym nie wyróżniałam się z tłumu, zaginęłam gdzieś pomiędzy innymi widzami. Nie mógł mnie widzieć – to niemożliwe, tak przynajmniej myślałam. Nie musiał mnie nawet pamiętać – wystarczyło, że ja go pamiętałam. Przejechałam siedem godzin, po to, żeby móc popodziwiać. Był fenomenalny. Grał skupiony na swojej roli, on, człowiek tak pięknie zdolny.
Mam urlop. Wstaję o szóstej trzydzieści rano i robię tosty z łososiem. Plastry wędzonej ryby na grzance, na to jajko sadzone, mocno ścięte, nie lubię miękkiego żółtka. Kilka kostek sera feta, listek bazylii, krawędzie talerza przyozdabiam sosem sojowym. Przecieram opuszkiem palca szklaną szybkę aparatu znajdującego się w moim telefonie. Pokremowałam dłonie, zapomniałam, robię więc raz jeszcze to samo, tym razem przy użyciu chusteczki. Pstryk. Dalej. Filtr. Dalej. Udostępnij. Poszło.
Codzienność.
Budzik nastawiam na chuj wie którą, od chuj wie kiedy, często udaje mi się zaspać, albo nie pójść w ogóle do pracy, którą wciąż mam bo wciąż mnie nie wywalono. Zapominam. Mylę dni, miesiące, godziny, poranek z nocą i miłość z pożądaniem.





