Prolog
Kiedyś myślałam, że najgorszym, co może mnie spotkać w życiu będzie brak mężczyzny u boku i doskwierająca samotność.
I to, że bardzo będę się tego bała...
Pisanie kiedyś.
Zazwyczaj w pomiętym prześcieradle, niezależnie od pory dnia i roku, z notorycznie uchylonym oknem. Z cichym i pełnym wyrzutów, przepraszam, oddzwonię, bo teraz piszę. Z głośną muzyką z jednego tylko działającego przeważnie głośnika. Telewizorem włączonym bez dźwięku, przy którym sporadycznie zdarza się usypiać. Bombonierką pełną trufli i michałków, szelestem papierków upadających po cichu na podłogę. Słoikiem nutelli. Kubkiem herbaty albo wody. Ekscytacją i strachem przed kliknięciem przycisku opublikuj. Dumą lub rozczarowaniem. Podglądaniem, nanoszeniem poprawek, oczekiwaniem. Łechtaniem ego, zaangażowaniem.
Łapię jego
wzrok, kiedy mijamy się w holu. Trzydzieści sekund skanowania oczami. Mruga
szybko, zaciska usta a później je oblizuje, jakby właśnie chciał w nich
zatrzymać coś pysznego. Na przykład tą jego ulubioną czeską czekoladę.
Nazwijmy ją
Jadzia.
Na małym
kwadratowym stoliku stawia dwie setki wódki i jedną półlitrową colę. Jest
środek tygodnia, godzina siedemnasta.
- Nie mogę,
jeszcze dziś prowadzę, dzięki – mówię i podaję jej szklankę. Sama upijam z
butelki łyk wody. Robi sobie drinka. Wiem, że bez ‘znieczulenia’ nic mi nie
powie.





