Mam przed oczami
takie wspomnienie. Dom moich rodziców. Duże drewniane okna, szyby trochę
zapaskudzone przez muchy. Moja suknia ślubna wisi na karniszu. Jej koronkowe
rękawki trącane są lekkim powiewem wiatru, który wpada przez lufcik. Stoję przy
tarasowym oknie, przyklejam nos do szyby i gapię się w niebo. Jest samo
południe, słyszę hejnał płynący z wieży ratuszowej. Wtedy tak bardzo wierzę w
to, że cudny jest ten świat. Wierzę w to do czasu, w którym spotyka mnie namiastka
piekła na ziemi.
Stałam w trzecim rzędzie i najgłośniej ze wszystkich biłam mu brawo. Grał wzorowo. Ten wyraz twarzy, ta mimika ciała, ta ekspresja emocji która każdą najmniejszą komórką z niego wychodziła totalnie mnie obezwładniały. Wpatrzona byłam w niego jak w obrazek. Łapałam powietrze co rusz trwając przez kilkanaście sekund nieruchomo, na tym jednym wdechu. Niczym nie wyróżniałam się z tłumu, zaginęłam gdzieś pomiędzy innymi widzami. Nie mógł mnie widzieć – to niemożliwe, tak przynajmniej myślałam. Nie musiał mnie nawet pamiętać – wystarczyło, że ja go pamiętałam. Przejechałam siedem godzin, po to, żeby móc popodziwiać. Był fenomenalny. Grał skupiony na swojej roli, on, człowiek tak pięknie zdolny.